Akceptacja

akceptacja

Jestem typem ścisłowca, któremu zawsze lepiej wychodziło logiczne myślenie, niż twórcze, literackie pisanie. Są jednak takie momenty w życiu, gdy chciałabym poruszyć ważny dla mnie temat. I może nie zrobię tego z gracją zawodowego felietonisty, ale mam nadzieję, że Was zainteresję. Tak jak ostatnio pisałam o materiałowym zakupoholiźmie, tak dziś chciałabym poruszyć ważny temat, jakim jest akceptacja.

 

Akceptacja

Żyjemy w naprawdę dziwnych czasach. Z jednej strony wszędzie panuje moda na „fit jedzenie”, z drugiej wszechobecne są fast foody. Z jednej strony mamy masę alergii pokarmowych, a z drugiej ludzi, który właściwie bez powodu nie jedzą glutenu, bo taka jest moda. Z jednej strony mamy ludzi z anoreksją, a z drugiej chorobliwie otyłych. Z jednej strony mamy ludzi przymierających głodem w krajach trzeciego świata, a z drugiej tony marnującego się jedzenia.

A my łudzimy się, że mieścimy się gdzieś po środku. Gdzieś, gdzie instagramowy świat pokazuje nam zdrowe jedzenie, ćwiczenia i „zero waste”. Gdzie celebryci i celebrytki świecą w telewizji idealnymi ciałami prosto z sal operacyjnych. Gdzie każdy jest szcześliwy i zadowolony, a problemy nie istnieją.

 

Jestem gruba

 

Przepraszam, ale nie wierzę w ten świat. Nie mam instagrama czy facebooka, nie śledzę celebrytów i ich życia, nie biegam na siłownię trzy razy w tygodniu i obsesyjnie nie liczę kalorii. Zamiast facebooka, wolę czas spędzony z ukochaną rodziną. Zamiast celebrytów, wolę realnych ludzi – znajomych i przyjaciół, którzy są daleki od instagramowej perfekcji, ale za to jacy fajni. Zamiast siłowni wybieram ciężkie prace w ogrodzie, na polu czy przy obróbce drzewa opałowego (a jestem kobietą!). Zamiast super zdrowego jedzenia, wybieram to co lubię, ale w rozsądnych ilościach.

Nie dajmy się zwariować. Nie jestem ani ładna, ani szczupła. Ba, właściwie, to jestem gruba. Moje wcięcie w tali jest mocno dyskusyjne (coż, tak to już jest, jak się ma żebra sięgające do miednicy). Ramiona mam na tyle umięśnione, że każdy rękaw muszę szyć z ogromnym zapasem, bo standardowa konstrukcja jest zawsze za ciasna (co cóż, noszenie pni drzewa zobowiązuje). Twarz też mam mocno przeciętną. W sumie to niczym sie nie wyróżniam i idę o zakład, że nie zwrócilibyście na mnie uwagi w tłumie.

Ale czy się tym przejmuję? Pewnie, mam takie dni, gdy dla własnego zdrowia psychicznego wolę nie patrzeć w lustro. Ale na dobrą sprawę jedyny moment, gdy naprawdę się przejmuję swoim wyglądem, to chwila gdy ubieram własnoręcznie uszytą rzecz, która nagle robi się za mała. Zawsze w tworzenie ubrań wkładam wiele uwagi i czasu, dlatego najzwyczajniej w świecie szkoda mi wyrzucić ciuch, któremu poświeciłam tyle czasu. To są momenty, gdy zdecydownie przechodzę na dietę, żeby dalej mieścić się do ubrań, które szyję. A żeby nie mieć takich problemów w przyszłości – częściej decyduję się na szycie z rozciągliwych dzianin – wtedy ubrania rosną razem ze mną! W końcu akceptacja siebie jest niesamowicie ważna w tym zwiariowanym świecie. Nie ma co dać się zwariować, prawda?

Ten wpis o akceptacji jest jednym z wielku z serii „Filozofia Szycia” – wszystkie znajdziecie tutaj.