Jak planuję szycie?

jak planuję

Jak znaleźć czas na szycie – jak planuję? Często słyszę, że ludzie nie szyją, bo nie mają na to czasu. Naprawdę? Ani wolnej minuty? Jakoś nie chce mi się w to wierzyć. Wiem, że bywa w życiu ciężko – sama pracuję na cały etat, mam masę domowych obowiązków, prowadzę bloga, a jak najwięcej czasu chcę poświęcać mojej rodzinie. Pewnie macie dokładnie to samo. Wiem, że znalezienie wolnej chwili może być trudne, ale nie jest niemożliwe.

Jak planuję?

Tym wpisem chciałabym zacząć serię wpisów poświęconą planowaniu mojego czasu i znajdowaniu go na realizacje pasji, jaką jest szycie. Sądzę, że wpis te przyda się też dla osób, które nie szyją. Bo w końcu komu nie przyda się trochę organizacji i planowania?

W internecie znajdziecie setki, jeśli nie tysiące stron, na których specjaliści uczą Was jak zarządzać swoim czasem. Część z nich jest naprawdę niezła – na przykład Pani Swojego Czasu ma kilka świetnych wpisów, wartych uwagi. Jednak mimo przeczytania naprawdę dużej ilości bardzo merytorycznych wpisów na wielu stronach, nigdy jeszcze nie znalazłam na ani jednej notki, która mówiłaby o mojej głównej zasadzie planowania. Chcecie wiedzieć, jak ona brzmi? To proszę.

Zawsze, gdy planuję, to z góry zakładam, że na pewno się nie uda. Zdziwieni? Bo w sumie na logikę po to się planuje, żeby się udało, prawda? Właśnie nie do końca. Dobre podręczniki o zarządzaniu projektami zawsze mówią, że gdy planujesz datę, kiedy dany projekt zrealizujesz, to opóźnij ją o dwadzieścia procent czasu poświęconego na całą realizację projektu. W praktyce – jeśli zakładasz, że uszyjesz Super Ekstra Nową Bluzkę Bazową w pięć godzin, to według Mądrych Książek, powinieneś przedłużyć ten czas do sześciu godzin.

Ja idę o krok dalej. Zakładam, że ile nie będę planować, to i tak nie znajdę czasu na szycie i nawet sześć dni nie wystarczy. Sześć tygodni też. Miesięcy również. Oczywiście jest to zabieg czysto psychologiczny – po prostu się nie spinam. Nie siedzę ze stoperem i nie mierzę każdej sekundy, którą spędzam na szyciu. Wręcz przeciwnie – zupełnie na to nie zwracam uwagi i po prostu cieszę się tym co robię.

Podejrzewam, że gdybym włączyła ten nieszczęsny stoper, to pewnie rzeczywiście szyłabym pięć godzin i godzinę nanosiła poprawki – tak jak mówią Mądre Podręczniki. Ale to zupełnie nie o to chodzi – jeśli uda mi się coś skończyć, to i tak jestem lepsza od tego, co zakładałam. W ten sposób czuję satysfakcję z każdej rzeczy, którą zrealizuję. Jeśli mi się nie uda (a nie udaje się bardzo często, bo życie uwielbia rzucać kłody pod nogi), to i tak zrealizowałam cel, co nie? Może to bardzo prosta sztuczka, ale bardzo polecam każdej zapracowanej osobie (szczególnie mamom z małymi dziećmi). Na pewno Wasza samoocena w stosunku do własnej skuteczności poszybuje w górę. Na mnie ten trik działa rewelacyjnie.

„Jak planuję” to pierwszy wpis o znajdowaniu czasu na szycie. Kolejne znajdziecie tutaj.