Nie do końca slow life

Nie do końca slow life

Niedawno zaczęliśmy nowy rok, nowe postanowienia, nowe siły do działania. A jednak bardziej jesienna, niż zimowa aura przygnębia i nie zachęca do robienia czegokolwiek innego, niż siedzenie pod ciepłą kołdrą oraz popijanie przepysznych herbat. Zwłaszcza że sezon grypowy szaleje i pewne, podobnie jak u mnie, macie dookoła siebie same przypadki chorych osób. Jak w tym niezachęcającym krajobrazie znaleźć motywację do szycia? A właściwie to motywację do robienia czegokolwiek?

No właśnie nie do końca slow life

Idę o zakład, że większość Waszych postanowień noworocznych już nie wypaliło. Mam rację? Bo czemu miałoby wypalić? Ja nawet nie robię postanowień – i tak wiem, że po imprezie sylwestrowej wstanę ledwo żywa i jeśli moje postanowienie nie brzmiało „będę leżeć cały dzień w łóżku z bólem głowy”, to na pewno go nie wypełnię. Lepiej do sprawy podejść inaczej. I tutaj właśnie wchodzi temat, tak bardzo popularny ostatnio, czyli „slow life”. Gdy usłyszałam ten slogan po raz pierwszy, to przetłumaczyłam go dosłownie i od razu odrzuciłam. „Powolne życie”? Nuda. Przecież nie jestem ślimakiem. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę znaczy „slow life” i wtedy mnie olśniło. Moim zdaniem ta nazwa jest bardzo myląca i o wiele lepiej brzmiałoby „life without hurry”. Tutaj chodzi o to, aby wziąć głęboki oddech, zrobić krok wstecz i zastanowić się nad wieloma rzeczami, a nie pędzić przed siebie jak biedny koń z klapkami na oczach.

No czyli co trzeba robić?

Jeśli kiedykolwiek czytaliście stronę o mnie, to wiecie, że mój czas dzielę miedzy moją rodzinę, mój domu i obowiązki okołodomowe, pracę na etat, blogowanie i szycie. Może piszę o tym w tak spokojny sposób, jak gdyby nigdy nic, ale pogodzenie tego wszystkiego wcale nie jest łatwe. Wielokrotnie biję się z myślami co robić, gdy z jednej strony widzę piękny materiał na nową spódnicę, a z drugiej stos prania do wyprasowania. I jak tu nie oszaleć? Po prostu wystarczy wrzucić na luz. Uświadomić sobie, że nie trzeba być idealną panią domu i pracownikiem miesiąca w jednym. Jeśli danego dnia trzeba posprzątać mieszkanie to OK, tego dnia sprzątam i nie mam wyrzutów sumienia, że nie szyję. Jeśli muszę spędzić cały dzień w pracy to trudno, wtedy nie mogę blogować. Jedyne, na czym nie oszczędzam, to moja rodzina. Czas spędzony z narzeczonym jest najważniejszy i jego zawsze staram się priorytetyzować. I właśnie to jest mój sposób na szczęśliwe życie, nie do końca slow life. Najważniejsze w życiu to znaleźć swój priorytet i względem niego na spokojnie układać sobie resztę życia. Ja swój priorytet mam. Dlatego nie przejmuję się, jeśli danego dnia nie uszyję nowej sukienki. Przecież jeśli nie dziś, to jutro, prawda? I dzięki temu jestem szczęśliwa. Nie pędzę przed siebie i mam motywację do działania.


Czy znaleźliście już w swoim życiu priorytet? Czy ułożyliście sobie wokoło niego życie? Koniecznie napiszcie w komentarzach.

To pierwszy wpis o nie do końca slow life. Ale spokojnie, będzie ich dużo więcej i wszystkie znajdziecie tutaj.
  • To prawda, w całej idei slow life chodzi bardziej o umiejętność znalezienia priorytetów, oddzielenia rzeczy ważnych od mniej ważnych, bo wszystkiego zawsze wolno nie da się zrobić 🙂

    • Cześć,
      To prawda. Priorytety są najważniejsze. I świadomość, że jak dziś nie zrobię prania to świat się nie zawali. Trudno. Zrobi się jutro 😉
      Pozdrawiam,
      Kasia