Dlaczego nie lubię szyć?

Dlaczego nie lubię szyć?

BAM! Cały mój blog to jedna wielka pochwała szycia. Dosłownie poemat jakie to świetne hobby, które ma same zalety i zero wad. Właściwie tylko jeden z moich wpisów mógł sugerować, że być może jest coś nie tak. Mówił on o tym, że szycie nie do końca się opłaca. I tyle. Reszta to takie chóralne „SZYJ!”. To właściwie dlaczego nie lubię szyć i czemu mam momenty, w których rzuciłabym tym w cholerę? Dlaczego nie lubię szyć?

Dlaczego nie lubię szyć? – Wkurzam się

Zdarzało mi się, że do uszycia jednej rzeczy podchodziłam setki razy. Naprawdę! Pamiętacie jak dawno dawno temu napisałam Wam, że mam piękny kawałek jerseyu na sukienkę i ale nie wiem co z niego uszyć? Finalnie, po roku powstała z niego sukienka, ale ile nerwów przy niej zjadłam, to tylko ja wiem. Poważnie, to było straszne, a z efektu finalnego nie jestem do końca zadowolona. (Z resztą kiedyś przedstawię go na tym blogu i wtedy wypłaczę wszystkie żale.) Tyle razy myślałam, żeby wyrzucić moją maszynę prze okno, że to cud, że jeszcze żyje. Ale na szczęście nic jej nie jest – w końcu to nie jej wina, że mi coś nie wychodzi, prawda? Wina jest tylko i wyłącznie moja.

Dlaczego nie lubię szyć? – Problemy ze wzrokiem

Szycie wymaga ogromnej koncentracji i dbałości o szczegóły. Godzinami patrzy się na igłę, czy na pewno szyje prosty ścieg, czy materiał idzie idealnie równo, czy zszywane kawałki się nie przesunęły. Trzeba być cały czas uważnym i wytrzeszczać gały na całego. A potem po takim kilkugodzinnym maratonie człowiek nie jest w stanie nawet mrugnąć bez bólu. Wtedy pozostaje cichutko zapłakać i poprosić męża o zakropienie oczy z nadzieją, że pomoże i przestanie boleć. I przestaje, a następnego dnia powtórka z rozrywki. Moja etatowa praca też nie pomaga, bo non stop pracuję z laptopem. Mam nadzieję, że nie nastanie dzień, że oczy będą cały czas boleć i ani sen ani krople nie pomogą.

Dlaczego nie lubię szyć? – Problemy z kręgosłupem

O kręgosłupie i garbieniu się to można byłoby napisać epopeję. Niebolące lędźwia, ile was trzeba cenić ten tylko się dowie, kto was stracił! I choćbym nie wiem ile się prostowała, to i tak szyję w pozycji homo erectus szyjus. Jedyne co mnie jeszcze ratuje to ćwiczenia na zdrowy kręgosłup z you tubem i próby prostowania się. Od jakiego mądrego człowieka usłyszałam, że prostowanie placów wcale nie polega na używaniu mięśni na plecach. Idea jest zupełnie inna.

Wyobraźcie sobie, że do czubka głowy ktoś przywiązał Wam nitkę i za nią ciągnie. Wasza głowa idzie do góry, możliwie jak najwyżej. Plecy prostują się automatycznie. Ale dzieje się to nie poprzez niepotrzebne spinanie mięśni, a dzięki jakieś niesamowitej, lekkiej sile. Jeśli to tego dodamy lekkie spięcie pośladków, to prostowanie się wcale nie jest trudne. Bez tego to byłabym ogromnym szyciowym garbuskiem. Teraz jestem tylko małym szyciowym garbuskiem (ale dalej z bolącymi plecami!)

Czy to ma sens?

MA! Póki nie wyrwałam wszystkich włosów z głowy, moje oczy jeszcze działają, a kręgosłup jeszcze jakoś się trzyma, to szyć nie przestanę. Porażka i problemy to część naszego życia i bez nic byłoby zbyt różowo. Wiecie jaką mam satysfakcję, gdy mimo tych wszystkich kłód pod nogami dalej mi się udaje? Zaliczam kolejne małe szyciowe zwycięstwo, jak równy szew, dobrze wszyty zamek, czy rękaw bez zakładek? Czuję się jak ten ludzi z internetowych obrazków podpisany „deal with it”. I idę do przodu! Mam nadzieję, że Ty też!